W zeszłym 2025 roku w czerwcu, w drodze na Korsykę odwiedziłam niezwykły ogród botaniczny.
Jechaliśmy motocyklami nieco okrężną drogą z Polski, by w Genui wsiąść na prom na Korsykę. Sama wyprawa na tę wyspę była dla mnie niespodzianką. Mąż planował zabrać mnie na jedną ze swoich „męskich” wypraw — bo to najczęściej są wyprawy w spartańskich warunkach — w Alpy Francuskie. Bardzo się na nie cieszyłam, zwłaszcza na alpejskie zioła, które chciałam zobaczyć i sfotografować.
Na dwa dni przed wyjazdem usłyszałam jednak:
„Wiesz, Anetka, to chyba będzie inny kierunek”.
Z powodu różnych ludzkich zawirowań w grupie plany uległy zmianie i na dwa dni przed ruszeniem w trasę okazało się, że jedziemy na Korsykę — wyspę, o której od dawna mąż i jego koledzy myśleli. Kiedyś bardzo by mnie to zestresowało. Plany, oczekiwania, obrazy w głowie… Po kilku wyprawach z moim mężem i jego motocyklowymi „kumplami”, po paru kłótniach — także na trasie — nauczyłam się jednak podchodzić do tego bardziej filozoficznie.
Nie jest tak, że lubię brak planu i nie mam oczekiwań. Ja po prostu nauczyłam się czasami to akceptować.
Dziś, gdy tylko warunki czasowe i zawodowe pozwalają, jadę z nim, nawet nie interesując się zbytnio trasą. I tak do końca nie wiadomo, jaka będzie. Kierowcy zmieniają ją zależnie od pogody, sytuacji i przygód po drodze. Jest ogólny zarys, punkty A i B, a reszta dzieje się pomiędzy. Pomagają w tym współczesne mapy i aplikacje, choć mój mąż poradziłby sobie także z papierową mapą. Ma w sobie coś, co chyba nazwałabym „odwagą podróżnika”. Tego mu zazdroszczę. Ja jestem bardziej zachowawcza.
Co ciekawe — na co dzień jest odwrotnie. To on twardo stąpa po ziemi i bywa, że delikatnie ściąga mnie z bujania w chmurach. Ale gdy wyrusza w trasę…
Odkąd przestałam „walczyć o swoje” w czasie wypraw, upierać się przy tym, co koniecznie chcę zobaczyć, jadę z dużo większym luzem. I wcale nie dostaję mniej. Mam wręcz poczucie, że jest odwrotnie. Na trasie pojawiają się zarówno miejsca zaplanowane, jak i zupełnie nieoczekiwane botaniczne niespodzianki — takie, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałam.
Tak było właśnie w Alpach Julijskich w Słowenii.
Jechaliśmy przez niezwykle piękny rejon doliny Trenta, położonej w północno-zachodniej Słowenii, na terenie Parku Narodowego Triglav. To kraina gór i lasów, przecięta przez rzekę Soča — jedną z najpiękniejszych rzek Europy. Jej woda ma intensywnie niebiesko-turkusowy kolor, płynie po jasnych, białych kamieniach, tworząc malownicze meandry i bystrza. Niestety spieszyliśmy się po moim nieco przedłużonym pobycie w ogrodzie i nie mam zdjęć oddających to o czym piszę.
Za jednym z zakrętów, przy górskiej drodze między Bovec a Kranjską Gorą, zobaczyłam tablicę informującą, że właśnie mijamy alpejski ogród botaniczny Juliana. Zaczęłam krzyczeć do męża, żeby się zatrzymał, bo muszę to miejsce zobaczyć. Grupa stanęła. Dostałam 10 minut. Ha, ha…
Pamiętam, że szłam tam z myślą, że na pewno nie wyjdę stamtąd z własnej woli. I tak się stało.



Juliana to niewielki, kameralny ogród botaniczny, założony w 1926 roku, położony na stoku góry Kukla, około 800 m n.p.m. Jest najstarszym alpejskim ogrodem botanicznym w Słowenii i gromadzi około 600 gatunków roślin charakterystycznych dla Alp Julijskich i okolicznych regionów. Ogród ma zaledwie nieco ponad 2500 m², ale jest górzysty, naturalny, idealnie wpisany w krajobraz. Z każdej strony otaczają go Alpy, a widoki zapierają dech w piersiach.
W sklepiku przy wejściu kupiłam książkę o przyrodzie tych miejsc oraz koszulkę z botanicznym rysunkiem i logo ogrodu. A potem weszłam do środka. Maleńki. I cudowny. Mogłabym tydzień z niego nie wychodzić. Straciłam tam poczucie czasu zupełnie.



Mój mąż w końcu przyszedł mnie „wyciągnąć”, bo droga była jeszcze przed nami daleka. Zastał mnie w stanie absolutnego szczęścia.



Z bólem serca opuszczałam Julianę, ale też z poczuciem, że czasem naprawdę warto odpuścić. Zgodzić się na to, co ma być, bez nadmiernego planowania. Często wtedy okazuje się, że jest jeszcze piękniej, niż kiedykolwiek potrafilibyśmy to sobie zaplanować.
Często słyszę, gdy mówię, że jadę na kolejną wyprawę z mężem:
„Że też ci się chce…”
Bo to bywa trud. Niewygoda. Wiele godzin jazdy, chwile grozy na górskich przełęczach i zakrętach— przynajmniej dla mnie, bo nie dla mojego męża:). Mam mały kufer, nie mogę zabrać piętnastu sukienek i pięciu par sandałków (a bardzo bym chciała). Często widzę cudne rośliny tylko w przelocie, bo nie zawsze da się bezpiecznie zatrzymać.
Ale takie chwile jak ta w ogrodzie botanicznym Juliana wszystko wynagradzają.
To je się pamięta.
Nie trudy. Nie niewygody.
Po co mi takie wyprawy
Takie wyprawy jak ta do alpejskiego ogrodu botanicznego Juliana są dla mnie czymś więcej niż podróżą. To z nich wracam do swojej codziennej pracy — edukacji zielarskiej, prowadzenia warsztatów i wykładów, pisania bloga i tworzenia treści w mediach społecznościowych — z nowymi siłami, uważnością i zachwytem nad przyrodą.
To, co zobaczę po drodze, czego doświadczę w terenie i co mnie poruszy, przenoszę potem do opowieści, którymi dzielę się z uczestnikami moich warsztatów i spotkań edukacyjnych. Bo zielarstwo to dla mnie nie tylko wiedza o samych roślinach leczniczych ale także kontekst miejsca, krajobraz, droga i czas.
Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda moja praca edukacyjna i aktualna oferta warsztatów oraz wykładów, link znajdziesz poniżej.
warsztaty zielarskie Ziołowej Pracowni
Źródła informacji
Informacje dotyczące alpejskiego ogrodu botanicznego Juliana, jego historii, położenia oraz charakteru roślinności pochodzą z oficjalnych materiałów ogrodu oraz publikacji Słoweńskiego Muzeum Historii Naturalnej, które sprawuje nad nim opiekę:
– https://www.juliana.pms-lj.si
– https://www.pms-lj.si/en
Dane dotyczące regionu Alp Julijskich, doliny Trenta oraz rzeki Soča opracowano na podstawie materiałów informacyjnych regionu Soča Valley oraz opisów Parku Narodowego Triglav:
– https://www.soca-valley.com
– https://www.tnp.si/en
Tekst wpisu uzupełniony jest o osobiste doświadczenia i obserwacje autorki z podróży🙂
A tutaj znajdziesz wpis o innej fantastycznej motocyklowej wyprawie w Alpy na (słynną dzięki serii filmów o Jamesie Bondzie) przełęcz Furka.

